|
Archiwum
Zakładki:
Inne czytadła.
Strony.
|
wtorek, 15 września 2009
Zwyczajny dzień w Gorzowie.
Pojechałem na weekend odwiedzić rodzinkę. Było fajnie.
Niedziela rano. Wyszedłem przed dom i usiadłem na tarasie. Przyszedł ojciec i mówi: - Pochowałem kotkę. Poszedłem nagrać płytę. Pół godziny później, obudziła się siostra. - Wiesz, że kotka nie żyje? - powiedziałem - Zginęła wczoraj w nocy. Tata ją znalazł z pianą na pyszczku. - Niedobrze, niedobrze. - Odpowiedziała siostra i poszła do komputera. Pół godziny później tata zrobił rodzinne śniadanie, jajecznicę. Zaparzył herbatę, zawołał nas do kuchni i włączył jakiś "poranek z rmf fm", czy coś w tym stylu. - Tato, chyba przesoliłeś to jajko. - powiedziała siostra. - Mi smakuje. - odparł z uśmiechem tata. - Mi w sumie też. - Odrzekła z uśmiechem siostra. Ale coś chyba z tym jajkiem było nie tak, bo zaraz potem oczy naszły jej łzami. Później nagrałem jeszcze jedną płytę i pojechaliśmy do babci.
piątek, 21 sierpnia 2009
Hiszpania!
![]() Wróciliśmy z Martą wczoraj z dwutygodniowych wakacji w Hiszpanii. Brzmi dobrze, a było jeszcze lepiej! Można powiedzieć, że zacząłem "z grubej rury", ponieważ był to mój pierwszy wyjazd za granicę. Mieliśmy chyba duże szczęście z tą wyprawą, bo zobaczyliśmy naprawdę dużo, a wydaliśmy naprawdę mało. Cała podróż kosztowała nas 1300 zł na osobę, tymczasem kiedy:
a) lecieliśmy samolotem w obie strony b) w Barcelonie mieszkaliśmy w apartamentach z klimatyzacją, kilkoma pokojami, salonem, tarasem, świetnie wyposażoną kuchnią i super sypialnią c) nie odmawialiśmy sobie niczego A było to tak. ;) ![]() Dawno, dawno temu niejaka B., przyjaciółka Marty, wyjechała sobie za granicę do Hiszpanii. Jakoś niedługo potem, pojawiła się myśl, czy Marta nie mogłaby do niej wpaść na wakacje. Pomyślałem wtedy, że - o, czemu nie. Możemy pojechać, wakacje za granicą to fajna rzecz. Przyznam, że jeszcze wtedy nie pałałem żadnymi emocjami do Hiszpanii. Pod względem geografii jestem praktycznie analfabetą, wstyd się przyznać, ale nie wiedziałem o Hiszpanii praktycznie nic. Że ciepło, że walki byków... eee.. no i tyle. :/ Ale sam pomysł spędzenia wakacji za granicą już sam w sobie wydawał się atrakcyjny. W ten sposób powstał Plan. Plan był niemrawy do samego końca, ponieważ B. nie mogła się jakoś w tej Hiszpanii ustatkować, kłopoty z pracą, z mieszkaniem, ze wszystkim. Ale ponieważ Marcie na tej Hiszpanii bardzo zależało, postanowiliśmy zagrać va banque i po prostu kupić bilety samolotowe do Barcelony. No i kupiliśmy, z takim nastawieniem, że najwyżej będziemy się rozbijać po hotelach/motelach, wydamy trochę więcej, ale wakacje w Hiszpanii spędzimy. Założyliśmy sobie, że w wersji optymistycznej spędzimy kilka dni w Barcelonie śpiąc w hotelu, potem pojedziemy do Walencji, gdzie będziemy spać u B. Ponieważ nie chcieliśmy maksymalizować kosztów, gdzieś tam w międzyczasie Marta napisała na forum o Hiszpanii ogłoszenie, że szukamy tanich noclegów w Barcelonie. Zgłosił się do nas jakiś facet, Polak, który oferuje noclegi za 20 euro / noc dla 2 osób. Cena wydawała się dobra, nawet bardzo, dlatego też postanowiliśmy skorzystać z jego oferty. Baliśmy się trochę oszustwa, ale facet nie wymagał żadnej przedpłaty, a na forum działał od kilku lat. Uspokoiło to nieco nasze obawy i postanowiliśmy na tym nasze poszukiwania noclegu w Barcelonie zakończyć. Tymczasem jeśli chodzi o Walencję, B. trzymała nas w niepewności do samego końca. Na domiar złego, dowiedziałem się, że Marta wytargowała u tego faceta z Barcelony, że pierwsza noc będzie za 20 euro, a każda następna za 10. Także przed samym wyjazdem nie wiedziałem już nic - co to będzie z tą Barceloną i czy nie okaże się, że mieszkamy w 10 osób w jakimś baraku na przedmieściach, czy nie naszprycują nas w międzyczasie narkotykami i nie zaciągną do brania udziału w niemieckich pornolach ;) (a z moją urodą niewątpliwie dobrze bym się wpasował w bawarską estetykę), czy z tą Walencją wypali, itd. Aby nie trzymać już Was w napięciu, zdradzę, iż wyszło super, ponieważ nie było żadnej wolnej amerykanki. Nie dość, że przed samym wyjazdem dostaliśmy potwierdzenie od B., że z noclegiem luz i że nie musimy się obawiać wyjazdu do Walencji, to jeszcze facet z Barcelony okazał się r.e.w.e.l.a.c.y.j.n.y. Po Hiszpanii byliśmy prowadzeni niemal jak za rączkę. Z lotniska kupiliśmy bilet "PKS" do centrum Barcelony. Jeszcze na samym lotnisku spotkaliśmy znajomego z Gdańska, co już w ogóle dodało swojskiego klimatu całej wyprawie. W centrum Barcelony facet czekał na nas na dworcu, wręczył nam świetną mapę miasta (my mieliśmy tylko taką dość kiepską z przewodnika za kilka zł z wyprzedaży:D) i zaprowadził do apartamentu, który ulokowany był w samym centrum miasta, można powiedzieć, w odpowiedniku naszego polskiego "starego rynku". Celowo użyłem słowa "apartament", ponieważ, jak się okazało, facet pracuje w firmie, która wynajmuje turystom całe mieszkania przerobione na apartamenty wynajmowane na kilka dni. Tak więc otrzymaliśmy klucze do naszego własnego mieszkania w Barcelonie. Do dzisiaj nie wiemy, czy ze względu na cenę, facet nie wynajmował nam tego na lewo, bo warunki i lokalizacja były rewelacyjne. Minusem było to, że pierwszą noc musieliśmy spędzić w jednym apartamencie, a dwie kolejne w innym. Był to jednak minus, który został przekuty w olbrzymi plus, ponieważ: a) mieliśmy okazję zwiedzać Barcelonę z dwóch różnych stron, obie lokalizacje były świetne b) facet sam z siebie (czując wyrzuty sumienia, że musimy się przenosić) kupił nam bilety na metro za 7 euro (co zmniejszyło koszty mieszkania za 2 noce z 10+10 na 10-7+10 czyli 13 euro!! - a bilety na metro i tak byłyby nam potrzebne i byśmy je pewnie kupili tak czy inaczej). Jeśli chodzi o naszą opinię, to Facet z Barcelony okazał się rewelacyjnym kontaktem i będziemy polecać go każdemu, kto chce się tam wybrać (jak ktoś chce nr tel/email - niech pisze). Biorąc pod uwagę całość - warunki + obsługa + cena, do dzisiaj zachodzimy w głowę, czemu on to robi - zupełnie, jakby działał wręcz charytatywnie. ;) Ale dość o pierdołach, czas na konkrety. Barcelona.Jeśli miałbym porównać Barcelonę do jakiegoś polskiego miasta, to do głowy przychodzi mi tylko Kraków. Przy czym Barcelona jest nieco większa od Krakowa (wg wikipedii: Barcelona- około 1 500 000 mieszkańców, Kraków- 757 000). Jak już pisałem wcześniej, pod względem geograficznym jestem straszna noga. Po praz pierwszy stwierdziłem, że wyprawa może być aż tak ciekawa po obejrzeniu filmu "Vicky Cristina Barcelona", kiedy to zrozumiałem, że miasto jest po prostu piękne. A w rzeczywistości chyba jeszcze piękniejsze. Pod względem architektonicznym jest to kawał sztuki, dobrze odwalonej roboty. Przy czym niuans między Krakowem a Barceloną jest taki, że Barcelona zawdzięcza swoje uroki w bardzo dużej mierze Gaudiemu, który zmarł raptem 82 lata temu, a Kraków ma ponad 1000 letnią historię. Pozostanę więc patriotą i w pierwszej kolejności będę polecał Kraków. ;) Jednak to, co można zobaczyć w Barcelonie jest po prostu piękne, zapierające dech w piersiach, odciskogenne, bo nie opłaca się jeździć komunikacją miejską, gdyż na każdym kroku znajduje się coś wartego zobaczenia. A na domiar złego Barcelona leży nad morzem, śródziemnym kurde, gdzie plaża piękna, a woda ciepła. Jadąc więc do Barcelony mamy wszystko czego na wakacjach potrzeba: wspaniałą aglomerację na zwiedzanie której nie wystarczy kilka dni oraz morze, którego urokami można cieszyć się w nieskończoność. Lubię Bałtyk, ale jego minusem jest temperatura, która sprawia, że kąpiele są średnio atrakcyjne. Dodatkową atrakcją hiszpańskich plaż, zwłaszcza dla facetów, jest fakt, iż w Hiszpanii można opalać się topless. Tak więc, oprócz walorów morskich, mamy walory wizualne będące szokiem dla kogoś, kto przyjechał w ciemno z katolicko-konserwatywnego kraju takiego jak Polska. ;) Walencja.Nacieszywszy się Barceloną przez raptem trzy noce, co było i tak zdecydowanie zbyt krótkim czasem, wyruszyliśmy do Walencji. Walencja jest nieco mniejszym miastem, oddalonym aż o 5 godzin jazdy pociągiem od Barcelony. Również nadmorskim, jednak już na pierwszy rzut oka widać, że zupełnie innym od Barcelony. Zupełnie. Dla nas w zasadzie to nawet lepiej, bo mogliśmy doświadczyć kolejnej, interesującej odmiany kulturowej. Walencji nie porównam do żadnego Polskiego miasta, ponieważ jest ona dla mnie niezłym ewenementem. Miasto o bogatej historii i totalnie innej architekturze. A dla nas - miasto, w którym spędziliśmy większą część naszych dwu tygodniowych wakacji... :-) Może teraz bardziej lokalnie - w Walencji mieszkaliśmy u B., a raczej u B. i jej faceta, V., który jest informatykiem. Spaliśmy na materacach w oddzielnym pokoju, co w zupełności nam wystarczało. Robiliśmy też wspólne uświadamianie kulturowe, ponieważ gotowaliśmy sobie na przemian obiadki - jednego dnia kuchnia polska gotowana przez nas, następnego kuchnia hiszpańska i tak na przemian. Jeśli chodzi o kuchnię polską, to jak łatwo się domyśleć, mieliśmy dość ograniczone możliwości, ponieważ brakowało nam wielu typowo polskich produktów. Udało nam się zrobić m.in. placki ziemniaczane, naleśniki i kopytka. ;) Pobyt w Walencji był bardzo urozmaicony - plażowanie, morze, zwiedzanie miasta oraz dzięki B. - spotkania z różnymi osobami z całego świata: Brazylia, Niemcy, Słowacja i oczywiście Hiszpania. Komunikacja oczywiście po angielsku, miła mieszanka kulturowa. A teraz może bardziej ogólnie o samej Hiszpanii. Hiszpania.Z takich bardziej ogólnych spostrzeżeń - cieszę się, że wbijano mi ten angielski w różnych szkołach do głowy. Jeśli jedziesz za granicę, zwłaszcza bez biura podróży, to bez angielskiego jesteś jak dziecko we mgle. Smutna prawda dla osób nie znających tego języka jest taka, że angielski to podstawa. Po prostu. Ciężko zresztą wymagać, żeby tubylcy mówili w tak egzotycznym języku jak polski. Inna sprawa, że jeśli chodzi o Hiszpanię, to i z angielskim jest niemały kłopot... :D 1. Angielski, no właśnie. Zaskakujące jest to, jak bardzo Hiszpania się izoluje. Znajomość angielskiego wśród Hiszpanów jest po prostu tragiczna. O ile można jeszcze dogadać się na dworcu, lotnisku, czy w mc donaldzie - to cała reszta jest komunikacją hasłowo-migową. Izolacja jest totalna, ponieważ w Hiszpanii nawet wszystkie filmy (także w kinach) są dubbingowane. Starsze pokolenie mówi trochę po francusku. 2. Odpoczynek. Hiszpanie, to naród robiący sobie dobrze. W ciągu dnia - sjesta. Nagle, ni stąd, ni zowąd - wszystkie sklepy są zamknięte. Wszystkie. Totalna czarna dziura, można liczyć tylko na azjatów, którzy prowadzą swoje sklepy bez przerwy od rana do późnego wieczora, na czym zbijają pewnie fortunę, zwłaszcza, że na hasło "how much" ceny dla turystów skaczą o 100%. Tak czy inaczej - z jednej strony można to zrozumieć i zazdrościć, bo naprawdę żyją sobie fajnie - w ciągu dnia sjesa, a późnymi wieczorami - fiesta, czyli święto - ulice do późnych godzin nocnych zapełnione. Jest to nawet zrozumiałe biorąc pod uwagę warunki pogodowe. Popołudnia są mega - gorące, a wieczory nieco chłodniejsze, przyjemne, lepiej więc spać trochę za dnia, a egzystować nieco dłużej w nocy. Dla nas to jednak po pewnym czasie zrobiło się męczące, gdyż ciężko było nam się przestawić na tryb nocny w tak krótkim czasie. Dodatkowo sierpień jest dla Hiszpanów "świętym" miesiącem urlopowym, także według naszych spostrzeżeń - w Hiszpanii sklepy są częściej zamknięte, niż otwarte. Naprawdę ciężko było utrafić w porę, kiedy wszystkie sklepy były pootwierane. 3. Alkohol. Jeśli chodzi o alkohol, to po prostu rewelacja - tanie piwa, tanie wina. Nie istnieje tu zjawisko zwane "jabolem". Najtańsze hiszpańskie wino, które można kupić za mniej niż 2 złote, jest wysoko ponad polskim standardem odpowiadającym winom powyżej 15 złotym. Dodatkowo wszystko jest dużo lepsze, nawet najtańsze, owocowe wino Sangria smakuje jak nigdy w Polsce, a tańsze jest od jakiegokolwiek soku. 4. Hiszpania jest przyjazna obywatelom. Niby nic, ale są takie drobne niuanse, które zmieniają wiele. To sprawy naprawdę drobne, ale wspomnijmy chociażby o toaletach publicznych. Nie ma tam czegoś takiego jak zjawisko płatnego kibla. Na dworcach, lotniskach, plażach - wszędzie wszystkie kible są po prostu darmowe. Sikasz do woli. Jak już jesteśmy przy kiblach, to warto wspomnieć o pisuarach. W Polsce jest nieco ekshibicjonistycznie - to po prostu misy, do których lejesz publicznie. Hiszpańskie pisuary są skonstruowane tak, że całkowicie zakryją ci ptaszka. Światła - nie wiem jak z tym do końca jest, ale odnoszę wrażenie, że jak nikt nie jedzie, to wszyscy jak jeden mąż przechodzą na czerwonych światłach. Nawet w obecności policji. Nikt się nie przejmuje. 5. Dieta śródziemnomorska. W Hiszpanii najtańsze są warzywa i oliwy. Jeśli chodzi o oliwy i oleje, to są co najmniej kilkakrotnie tańsze niż w Polsce, za kilka euro można kupić 5 litrowe baniaki. Warzywa - świeże, soczyste, słodkie - kosztują grosze. Drogie są słodycze. Pieczywo mają fatalne. Ogromny wybór ryb i owoców morza. 6. Zabawnym akcentem są świńskie nogi. Marta wymiotowała na sam ich widok, jak spróbowałem i nawet mi smakowało. Świńskie nogi to całe udo świni, surowe, kiszone w specjalnych warunkach w taki sposób, że mięso pokrywa się pleśnią i staje się suche. Czym bardziej spleśniałe, tym droższe, dochodzące nawet do 80 euro za kilogram. Dla Hiszpanów to niesamowity przysmak. Przysmak o bardzo charakterystycznym jednak zapachu - co by tu nie mówić, - spoconej stopy wymieszanej z padliną. Zagranicznych przyprawia więc często o mdłości, jednak popularność tego (są w każdym sklepie) dowodzi, iż tubylcy się w tym po prostu lubują. 7. Jak już przy kuchni jesteśmy, to brakuje wielu rzeczy. Pieczywo - fatalnie. Jakieś tam bagietki i słodkie bułeczki. Brakuje zwykłego, polskiego chleba, razowców, itd. Brakuje kefirów, jogurtów (jogurty są, ale bardzo uboga ilość, głównie danone), śmietany (śmietanę można dostać jako egzotyk - 4 euro za małą porcję), masła. Brakuje niektórych warzyw - np. buraków, pietruszki, kalafiora. Octu. Soki jakieś dziwne. 8. Ludzie - wydają się nastawieni przyjaźnie. Brak typowo polskiej wrogości. W Polsce jak idziesz, to wodzisz wzrokiem po chodniku lub na boki. W hiszpanii wszyscy patrzą sobie w oczy (co na początku krępuje). Bo przecież jak patrzysz komuś w Polsce w oczy, to albo chcesz dostać w ryja, albo chcesz komuś dać w ryja. Innej opcji brak. 9. Po wizycie w Hiszpanii stwierdziłem, że jesteśmy dymani przez oczy. To chyba najbardziej przykre stwierdzenie w kontekście Polski. Polska jest po prostu zaśmiecona przez milomy bilboardów i innych, mało gustownych reklam. W Hiszpanii jest ich sto razy mniej - i ta różnica naprawdę rzuca się w oczy. Jest tu po prostu schludniej wizualnie. Podsumowanie.Co by nie mówić - warto pojechać, zobaczyć i poczuć. Ale na dłuższą metę - wybieram Polskę!!! Wolę polski klimat, polskie temperatury, polskie powietrze. Polską żywność! Może to smutne, ale doznałem niemal orgazmu wchodząc po 2 tygodniach do polskiego sklepu i czując polską żywność - polskie pieczywo, polskie wędliny; Marta stwierdziła, że hiszpańskie sklepy pachną rzygiem wymieszanym z brudem. Może to dość surowa ocena, jednak w pełni się z nią zgadzam. Dla nas, słowian - przyzwyczajonych do swojego - tu jest dużo ciekawiej i o dziwo jest większy wybór. rzeczy hiszpańskich będzie mi brakować tanich i pysznych win oraz warzyw i owoców. Cała reszta - odpada w przedbiegach. Zmęczyliśmy się tą Hiszpanią - wakacje niesamowite, ale dobrze, że to tylko wakacje - bo pod sam koniec zatęskniliśmy za Polską totalnie. I za produktami, i za naszym językiem, za tym, że można pogadać w sklepach bez języka hasłowo-migowego, za nieco chłodniejszym klimatem i za wszystkim-wszystkim. Może to strasznie zaściankowe, ale mam to gdzieś. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej! PS Mam już dość hiszpańskeigo słońca z powodów subiektywnych. Ostatniego dnia na plaży spaliłem się tak, że mam oparzenia 2 stopnia - pęchrze i opuchliznę. :( Ale żyję, więc luz. A wakacje były rewelacyjne.
wtorek, 14 lipca 2009
Dziewica?
Zostały dwa tygodnie; napisałbym - dwa tygodnie do godziny "0", ale nie napiszę. A nie, jednak napisałem. No cóż. Tak czy inaczej, zostały dwa tygodnie, a ja nie wiem jak się do tego ustosunkować. Niby nic wielkiego. A jednak coś czuję, że będzie to znamienne wydarzenie; generalnie wszyscy to przecież robią - a ludzie mają różne podejścia. Niektórzy podchodzą do tego neutralnie, inni - na luzie wręcz. Dla nich to nic wielkiego, naturalna sprawa. Inni - udają po czasie "że luz", że spoko, że no big deal, może nawet sami chcą się w taki sposób widzieć. Ale jakby cofnęli się w czasie do tej godziny "0", to być może przypomnieliby sobie te emocje. Dla mnie jakoś jest to całkiem big deal, i otwarcie się do tego przyznaję. Big deal, ponieważ od dawna chciałem to osiągnąć, ale zebrałem się stosunkowo niedawno. W dodaktu z racji nie najmłodszego już wieku, w moim umyśle zdołało narosnąć wiele faktów i mitów na ten temat.
Cóż więc zrobić? No nic, po prostu wziąć się w garść i zrobić to. Tak jak w reklamie Nike. Just do it. Motywacji dodaje myśl, wyobrażenie, jak to będzie fajnie już po. Po tej godzinie "0". No zobaczymy. Bardzo bym chciał zdać to prawo jazdy za pierwszym razem. ;)
sobota, 18 kwietnia 2009
Brum, brum.
Postanowiłem i ja. Wiecie jak to jest. Myśl, że w każdej chwili można wsiąść i po prostu pojechać. Nie czekając na autobus, nie planując połączeń, nie zważając na to, że za 5 minut odjedzie, więc już trzeba wychodzić. Własne auto. Ponieważ jednak przeżyłem na tym padole łez i cierpienia wystarczająco długo, aby napatrzyć się jak szalenie wygląda ruch samochodowy z zewnątrz, ponieważ nikt nie wpajał mi tego wraz z domowym winem, czy tam mlekiem matki - cóż, było jak było. Chłopięca beztroskość gdzieś umknęła i idea kierowania pojazdem stawała się coraz trudniejsza z roku na rok. Do tego stopnia, że kiedy wyobrażałem sobie, iż wyjeżdżam autem na drogę, tak na drogę - pełną innych pojazdów, to widziałem to jako coś niemożliwego do osiągnięcia, szalonego, zupełnie nierealnego.
A jednak miarka się przebrała i wraz z nadejściem nowego roku, postanowilem spróbować. Zapisałem się na kurs. Najpierw był luzik, niezobowiązująca teoria. Przeciągałem zaliczenie egzaminu wewnętrznego który uprawniał do jazd praktycznych, chyba podświadomie bojąc się po prostu usiąść za przysłowiowym kółkiem. Ale nastał koniec marca, trzeba było w końcu zaliczyć ten egzamin, a potem zapisać się na jazdy. Wkurzało mnie, jak wszyscy pytali "jak tam jazdy"? A ja odpowiadałem, że "jeszcze nie zacząłem". W międzyczasie gdzieś, pojawiła się we mnie determinacja, aby ujarzmić tego metalowego smoka. Czasami w nocy wizualizowałem sobie jak jeżdżę, poprawiałem swoją technikę jazdy i wyzbywałem się strachu. Poczułem się gotowy. W końcu dostałem upragniony numer do instruktora, z którym miałem się skontaktować bezpośrednio odnośnie lekcji w terenie. Zadzwoniłem. Umówiłem się. Byłem spokojny, bo poukładalem sobie wszystko w głowie, wiedziałem, że najpierw i tak to będą takie jazdy trochę na niby, po jakimś placyku, więc nie ma się czego bać. Spotkalismy się pod szkołą jazdy, wsiadłem do wozu i pojechaliśmy w odludne miejsce. Instruktor wytłumaczył mi jak działa sprzęgło, gaz, hamulec, ręczny hamulec, światła. A następnie kazał mi ruszyć. W tym miejscu muszę podkreślić, że jeździłem już troszkę kiedyś po placyku z ojcem. Na początku szło mi topornie, ale potem po paru razach robiłem już przyzwoite kółeczka. Jest trochę różnic między dwoma samochodami, więc ruszyłem, choć bardzo niepewnie. Zrobiłem jedno kółeczko i tyle. I tyle, bo kurwa, ja pierdolę, zaraz po tym jednym kółeczku pojechaliśmy prosto w miasto! Ten stary dziad mnie przechytrzył! "Tu skręci pan w lewo, ooo... dobrze, teraz jeszcze sobie pojedziemy kawałeczek tą drogą, tak... tak... o, dobrze, a teraz tu w prawo...", i nagle moim oczom ni stąd, ni z owąd, ukazała się potężna wielopasmówka, ze światłami i dziesiątkami innych pojazdów! Nagle w mojej głowie zaiskrzyło fundamentalne pytanie retoryczne: co właściwie się stało? :D Jak ja się tu znalazłem? :D W jeden chwili koszmar wszystkich wannabe-kierowców stał się rzeczywistością: helloł, jesteś na drodze, w okół są inne samochody. Nie masz innego wyjścia, teraz musisz prowadzić, bo spowodujesz wypadek. No, jedziemy, jedziemy! Jeździliśmy tak z półtorej godziny, a ja pod sam koniec byłem jedną wielką komórką nerwową. Na koniec instruktor powiedział mi: "niech się pan nie martwi, zazwyczaj przez pierwsze dziesięć godzin kierowcy nie są w stanie zwracać uwagi na znaki. To naturalne". I tak też cholera było, bo skupiałem się na tym, w jakiej kolejności przekładać biegi, kiedy hamować, kiedy przyspieszać no i oczywiste - jechać równo z drogą. Jak mi się jechało? Chyba dobrze. Nie byłem psychicznie przygotowany na coś takiego, może to i lepiej. Przez pierwszą godzinę prowadziło mi się w miarę, potem coraz bardziej do mojej świadomości docierało to, co się właściwie dzieje - trochę bardziej się zestresowałem i zacząłem popełniać błędy. A najśmieszniejsze, że dzisiaj znowu jazda. Nie mogę się doczekać! PS Nie pamiętam dokładnie, jaką jechaliśmy trasą. :D
środa, 01 kwietnia 2009
10. rocznica światowej premiery Matrixa.
Wczoraj, 31.03.2009 roku była 10. rocznica światowej premiery Matrixa. Tak, tak, to już dziesięć lat. Pamiętam tamte czasy jak to by było wczoraj. Znalazło się nawet trzech takich, którzy Pamiętali. Przygotowania na imprezę trwały długo. Należało zdobyć kopie wszystkich części Matrixa na DVD, co nie było szczególnie trudne. Jako, że rocznica wypadła niefortunnie we wtorek, a więc tak jakoś w środku tygodnia, należało zdobyć wolne na środę. Zadanie to było już nieco trudniejsze ze względu na ostatni natłok obowiązków w pracy, ale koniec końców - udało się. Kolejnym punktem misternego planu było zdobycie rzutnika. Tak, proszę Państwa, rzutnika. Jako, że jeden z tych, którzy Pamiętali posiada w swoim mieszkaniu nieskazitelnie białą ścianę - obecność rzutnika była obowiązkowa. Plan był więc taki - zbieramy się wszyscy we wtorek wieczorem. Kupujemy "browary, dużo browarów" i jakieś przekąski. Następnie Uwalniamy Ścianę, czyli rearanżujemy pokój kolegi tak, by kanapa znalazła się dokładnie na przeciw miejsca, w którym była wcześniej. Mając już wolną ścianę ustawiamy rzutnik, głośniki, podłączamy laptopa. I... gotowe! Idealne warunki do obejrzenia filmu. Muszę przyznać, że mimo upływu tych dziesięciu lat film był... niesamowicie nudny! Część pierwszą widziałem kiedyś tyle razy, że znam większość scen na pamięć, zresztą połowa z nich przeszła do klasyki kinematografii. Zaowocowało to tym, że ciężko było się w jedynkę wciągnąć. Jako, że to środek tygodnia, po obejrzeniu jedynki wszyscy zrobili się niesamowicie śpiący, a oglądanie trójki było już istną torturą. :D Ale jednak udało się, dokonaliśmy tego. Obejrzeliśmy całą trylogię, choć P. połowę czasu przekimał. ;) Pomijając aspekt filmowy, impreza była przyjemna i udana. Mimo wszystko wyszedłem z takim lekko smutnawym poczuciem, że czasy końca lat 90. ubiegłego stulecia minęły i już nie wrócą. Witamy w zupełnie nowym świecie.
niedziela, 22 marca 2009
Home, zgnił home.
Powoli wracamy do tematu kupna własnego mieszkania. Byliśmy nawet dzisiaj takowe oglądać, gdyż ni stąd, ni z owąd Marta umówiła nas na wieczorną wizytę u właściciela. Poczułem się jak za starych, dobrych czasów, kiedy to oglądaliśmy takich mieszkań dziesiątki. Naprawdę, nie chciałbym wyjść tutaj na jakiegoś ĄĘ, ale totalnie rozbraja mnie schematyczność tego wszystkiego. Zawsze, ale to zawsze całość wygląda mniej więcej tak samo:
Najpierw właściciel daje przez telefon wskazówę jak dojsć. My zapisujemy instrukcje na kartce: adres, numer mieszkania, numer bloku, czasami kod do domofonu. Po czym idziemy na tramwaj/autobus i zapominamy tej kartki. Będąc już na właściwym osiedlu, w "ostatnich połączeniach" znajdujemy numer do właściciela i dzwonimy do niego ponownie. Następnie próbujemy mu delikatnie wytłumaczyć, że nie chcemy żadnej pizzy (pomyłka), po czym znajdujemy ten właściwy numer i ponownie ustalamy namiary na mieszkanie. Kiedy jesteśmy już w środku, oczywiście witamy się. Następnie zostajemy zaproszeni do dużego salonu, spoglądamy na podłągę (do wymiany), następnie oglądamy sufit i ściany. Potem przychodzi pora na balkon i widok z niego. Balkon jest obsrany i mały, przeważnie też jakoś dziwnie skierowany w dół, jakby miał odpaść. Właściciel zawsze zapewnia, że to dlatego, aby woda lepiej spływała. Po obejrzeniu salonu idziemy do mniejszego pokoju w którym zawsze stoją rowery górskie. Następnie kuchnia, łazienka. W łazience tradycyjnie wanna z zaimprowizowanym prysznicem. W kuchni nic szczególnego. Czasem zdarzą się jakieś urozmaicenia, np. pies akurat naleje na środku pokoju, właściciel będzie szalonym punkiem zapewniającym, że ta 30-metrowa antena na dachu nie powoduje raka, albo żona własciciela będzie mężczyzną (tak jak dzisiaj). Zmieniają się też ceny - jeszcze w zeszłym roku właściciel wołałby za mieszkanie 240 - 250 tysięcy. Utargowalibyśmy do 220. Teraz takie samo mieszkanie można kupić za 190, a i tak nie jest to rewelacyjna oferta. Ostatnio czytaliśmy artykuł na temat powodów dla których warto kupować mieszkanie już teraz, a także tych, dla których nie warto jeszcze go kupować. Z artykułu nie płynęła praktycznie żadna konkluzja. I tak samo jest z nami.
czwartek, 12 lutego 2009
Mój drugi raz...
Ostatnio chyba za dużo przeklinam. Powiem więc krótko: nosz kurwa, ja pierdolę! Czuję się, jakbym występował w toaletowej wersji "Alicji z Krainy Czarów". Jeszcze niedawno chwaliłem się na blogu, jak to zgrabnie i sprawnie naprawiłem kibel, tymczasem... minał miesiąc i wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wróciło do stanu pierwotnego! Kibel znowu trzeba spłukiwać wiadrem, bo zbiornik na wodę przecieka i trzeba było go odciąć. Na nic zdała się próba wypełnienia misy silikonem - woda przecieka dalej, zupełnie jakby w jakiś magiczny sposób jej cząsteczki urządziły sobie slalom między cząsteczkami silikonwoej gumy. Na dodatek jeszcze pływak się zepsuł. To jeszcze nic. Kiedy na samym początku mojej Toealetowej Podróży byłem w praktikerze kupić nową spłuczkę, kupiłem fajny wieszaczek na szczoteki do zębów. Przykleiłem go do ściany i od tej pory szczoteczki wisiały sobie zgrabnie. A kiedy byłem po klej do sklejenia rozpękniętego porcelanowego zbiornika na wodę, kupiłem coś w rodzaju plasteliny dwuskładnikowej. Po zmieszaniu podobno otrzymuje twardość stali. Użyłem tego, aby naprawić kurek od zimnej wody w zlewie (urwał się i nie dało się odkręcać zimnej wody). Kurek naprawiłem. Wszystko było więc idealnie. Toaleta działała, kurek działał, a szczoteczki wisiały sobie na zgrabnym wieszaczku. Pierwszą oznaką, że idzie złe było odkelejenie się wieszaczka. Próbowałem go przykleić, ale nawet na silikon nie chciało trzymać. Zły omen, toaletowa siła nieczysta! Potem kibel zaczął przeciekać i trzeba było odciąć wodę. Podjąłem drugą próbe uszczelniania silikonem, jednak nic to nie dało. Kibel przecieka nadal, woda jest więc odcięta. To, że moja toaleta jest nawiedzona przez toaletowe siły nieczyste odkryłem jednak dopiero przed chwilą. Przed chwilą, bo... właśnie zepsuł się kurek z zimną wodą. To przelało szalę goryczy. Czy zna ktoś numer do kiblowego egzorcysty lub jakiegoś szamana sedesowego?
wtorek, 06 stycznia 2009
Mój pierwszy raz...
W 2009 zaliczyłem swój pierwszy raz. A nawet dwa pierwsze razy. Ale to długa i nudna opowieść, polecam tylko wytrwałym.
Mój pierwszy pierwszy raz polegał na naprawieniu kibla. Może to głupio zabrzmi, ale nigdy wcześniej nie naprawiałem kibla. A było co naprawiać, albowiem choroba kibla postępowała stopniowo, ale zdecydowanie. Najpierw, jak to na początku bywa - wszystko było pięknie i ładnie. Można było beztrosko załatwiać się do muszli ile razy się chciało, potem po prostu spuszczać wodę, w razie potrzeby wykonywać inne czynności, spuszczać ponownie, myć ręce, wychodzić, w razie potrzeby zabraniać domownikom korzystania z toalety przez jakiś czas. Potem zaczęło sie niewinnie - co jakiś czas spłuczka przestawała działać, tak jakby przycisk nie wciskał tego co trzeba. Sposób na to był taki, że wystarczało poruszać troche pokrywą misy z wodą i wszystko zaczynało działać. Pewnego felernego dnia sposób ten okazał się bezużyteczny. Wtedy po raz pierwszy zaczęliśmy zdejmować pokrywę od misy z wodą i ręcznie nastawiać mechanizm. Być może był to błąd strategiczny, ponieważ jak się można domyślić, po krótkim czasie mechanizm spuszczania uległ zdekompletowaniu i częściowemu zaginięciu w akcji. Potem wykombinowałem, że przywiążę sznureczek do mechanizmu, zakryję misę, sznureczek przeciągnę na wierzch i od tej pory spuszczać się będzie poprzez ciągnięcie tego sznureczka. To był kolejny błąd, ponieważ po krótkim czasie sznureczek nadwyrężył cały mechanizm w taki sposób, że woda nieustannie spływała do kibla. Fakt ten spowodował, że za pomocą gumki od włosów musiałem zablokować mechanizm nalewający wodę do baniaka. Od tego momentu misa musiała być zdjęta przez cały czas, a jak chciało się spuścić kupkę, należało najpierw naciągnąć gumkę do włosów, aby nalać wody do misy, następnie pociągnąć za odpowiedni element w mechaniźmie spuszczającym aby spuścić wodę. Oczywiście przeszkoliłem odpowiednio domowników, aczkolwiek zachwyceni nie byli. Przełomowy moment nastąpił później. Kiedy za pomocą wybielacza czyściłem ścianę z pleśni, nieumyślnie stąpnąłem na zamknięty kibel czym spowodowałem rozpryśnięcie się klapy od kibla na trzydzieści tysięcy drobnych kawałków plastiku. Obraz był tragiczny. Tragedia, tragedia, ruina. Kibel bez klapy, bez spłuczki, w ogólnym akompaniamencie walających się tu i ówdzie kawałków plastiku. Widok ten uświadomił mi jedno: muszę naprawić ten kibel. To był jednak początek. Pierwszym i najłatwiejszym krokiem była wymiana klapy. Oczywiście, można było kupić klapę nawet za 100 zl, jednak udało nam się znaleźć w carrefourze ekonomiczną klapę za 16 zł. Strasznie gówniana, ale przecież o to w kiblach chodzi. :D Wymiana mechanizmu spuszczającego była dużo trudniejszym wyzwaniem, ponieważ wymagała wykręcenia ceramicznej misy i odkręcenia owego mechanizmu od spodu. Sam mechanizm udało mi się kupić w wersji ekonomicznej za 35 zł, jednak bez kluczy nie byłem w stanie wykręcić tej misy. Z pomocą przyszedł jednak znajomy. Przywiózł klucze i wykręciliśmy ją w kilka chwil. Gorzej było z wkręcaniem spowrotem. Powiem już krótko, żeby przestać przynudzać - choć to chyba najciekawsza część całej opowieści. Misa rozprysła się na kawałki podczas dokręcania! Rozje***śmy misę, co spowodowało ogólne zdenerwowanie, a ponieważ była to sobota wieczór i całość operacji chcieliśmy wykonać "szybko, przed imprezą", troszkę zapiliśmy i następnego dnia na kacu jechaliśmy do Castoramy po nową misę. Tam, również na kacu, okazało się, że po pierwsze misy ceramiczne kosztują 200 - 300 zł, a po drugie jest ich miliony rodzajów i trzeba znać producenta oraz model kibla zanim kupi się nową misę. I teraz zagadka dla Państwa: jakiej marki jest Państwa kibel? No właśnie... W tym momencie nastąpiła drastyczna zmiana planów. Godzinę później Marta dzwoni do mnie, żeby spytac jak tam kupowanie misy. Dialog wyglądał mniej więcej tak: M: No i jak tam? J: No, dobrze, już prawie wszystko mamy. Zajechaliśmy do "Pestki", żeby kupić jeszcze jedną rzecz... M: A dużo wydałeś? J: Nie, tylko 35 zł. M: O, super! A co jeszcze musisz kupić? J: ROZPUSZCZALNIK [tutaj nastąpił histeryczny śmiech] Nie byłem w stanie Marcie przez telefon wytłumaczyć What The Fuck, wszystko wyjaśniło się dopiero po powrotcie. Otóż postanowiliśmy misę... posklejać! Kupiliśmy kleje i wszystkie niezbędne akcesoria, całą niedzielę spędzając na układaniu kiblowych puzzli. Koniec końców udało się! Nie mogłem w to uwierzyć, ale misa wyglądała prawie jak nowa. Nie ukrywam, że dużą rolę odegrało tu słabe oświetlenie łazienki, które skutecznie maskuje "rysy" na tym bądź co bądź, ceramicznym naczyniu. Skręciliśmy wszystko do przysłowiowej kupy, po czym okazało się, że misa przecieka. :P Jednak następnego dnia kupiłem silikon i uszczelniłem wszystko do reszty. Tak oto kibel znów stał się kompletny i zdatny do użytku. Tak, wiem. Była to największa przygoda mojego życia. ;) Mój drugi pierwszy raz polegał na odbyciu pierwszych zajęć teoretycznych z prawa jazdy. Jupi! Trzymajcie za mnie kciuki. To już koniec na dzisiaj.
środa, 31 grudnia 2008
Podsumowanie
Jako, że mamy ostatni dzień roku, jakoś tak w naturalny sposób nasuwa się myśl, aby zrobić sobie małe podsumowanie.
Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że był to dobry rok. Dobry, niekoniecznie łatwy. Może świadczyć o tym chociażby fakt, że urlop udało mi się wziąć dopiero w grudniu. Prawie kupiliśmy mieszkanie, choć poprzednia notka pisana była jeszcze z perspektywy bańki kredytowej i ignorowania sygnałów o nadciągającym kryzysie gospodarczym. Nie zrezygnowaliśmy z planu zakupu mieszkania, ale przesunęliśmy go nieco w przyszłość - być może już na 2009 rok. Nie chcę jednak robić z tego "noworocznego postanowienia", bo zakup mieszkania to rzecz bardzo poważna, a skutki złej inwestycji mogą się ciągnąć latami. Natomiast moim noworocznym postanowieniem będzie - aby się zmotoryzować, a konkretniej usamochodzić. Zapisałem się już na kurs, teraz tylko wytrwać, nauczyć się i zdać. Wszyscy mówią, że w Poznaniu będzie mi ciężko - porównując zdawanie prawka w Poznaniu do zdawania np. w Gorzowie. Jednak mieszkam przecież i pracuję w Poznaniu, nie ma więc dla mnie innej opcji, jak zdawać tutaj. Druga połowa roku przebiegła pod znakiem totalnego zapieprzu. Tydzień przelatywał za tygodniem, poniedziałek zmieniał się w czwartek, potem zaraz był weekend, a potem znowu trzeba było isć do pracy. I tak w kółko. A w międzyczasie masa rzeczy do zrobienia, nawet nie wiem jakich, nawet nie pamiętam po co, ale ostatnie pół roku to jedna wielka papka, którą najłatwiej opisać po prostu jako "pośpiech". Dlatego kolejnym moim noworocznym postanowieniem będzie, aby nieco zwolnić. Zwolnić, chyba głównie psychicznie, choć tak naprawdę nie rozpracowałem jeszcze skąd się ten pośpiech się bierze, wiem tylko, że ma on pewien związek z Poznaniem. Z drugiej strony już teraz wiem, że postanowienia tego może być ciężko dotrzymać. Ze względu na postanowienie pierwsze chociażby - no i na sytuację mieszkaniową. No, ale mówią, że spokój zaczyna się we własnej głowie. Zobaczymy. ;) Tymczasem wszystkim, którzy tu jeszcze zaglądają, a także którzy już nie, życzę udanego sylwestra, a przede wszystkim - lepszego, dużo lepszego nowego roku!
czwartek, 31 lipca 2008
Coś się wyraźnie skończyło.
Czy dwa lata to dużo? Trudno powiedzieć, ale raczej tak. Dwa lata bardzo wygodnego mieszkania na osiedlu Bolesława Śmiałego właśnie uległy bezwarunkowemu zakończeniu. A wszystko zaczęło się dawno, dawno temu, w odległej galak... znaczy... kilka miesięcy temu, kiedy "właścicielka naszego mieszkania" oświadczyła nam, że dupa/koniec. Bo od przyszłego roku wynajmuje krewnym. Wtedy to, stwierdziliśmy z Martą, że chuj/no dobra - kupimy se własne mieszkanie. Niestety, zabieg nie udał się. Na domiar złego, ze Śmiałego musieliśmy wyprowadzić się do końca lipca. No i tak się składa, że to dziś jest koniec lipca, a my się wyprowadziliśmy. Ale łatwo nie było - wiele dni pakowania, jeżdżenia (w poszukiwaniu czegoś do wynajęcia), pakowania i jeżdżenia na przemian. Można powiedzieć, że miesiąc lipiec jest miesiącem kartonów.
Rzygu-rzyg. Wyprowadzanie się z mieszkania, w którym mieszkało się przez jakiś czas - jest troszkę jak wyrywanie zęba. Albo czegoś innego, istotnego, bez czego niby możesz sobie poradzić, ale jednak odczuwasz ten specyficzny rodzaj straty. W dodatku na samą myśl o pakowaniu mam już odruch prawie-wymiotny. Na szczęście jestem już dużo silniej zakorzeniony w Poznaniu. Nie jestem zdany już na łaskę i niełaskę wiatru. Mam znajomych, dobrych znajomych, przrzrzy... którzy pomogli mi nie tylko przewieźć kartony, ale także taszczyć je z mieszkania do samochodów i z samochodów do piwnicy. Muszę przyznać, że to dobra sprawa. Że to wszystko napawa jakimś optymizmem. Wracając. Kartony spoczywają w piwnicy. Marta odpoczywa w Gorzowie. Ja siedzę w mieszkaniu wynajmowanym przez siostrę Marty. Plan jest taki, że szukamy czegoś do wynajęcia. Wynajmujemy. Wprowadzamy się. Żyjemy. Szukamy mieszkania. Kupujemy. Przeprowadzamy się. Robimy wielkie UFFF... i pijemy Miodullę zakupioną na festynie w Jeleniej Górze. Plan ambitny i długofalowy - jednak czego nie robi się dla własnego "M". ;) A do tego wszystkiego dochodzi jeszcze Mietek. Nasze pierwsze dziecko. Które jest kotem. Było kotem bezdomnym, przygarniętym, można powiedzieć - tylko po to - by nadal pozostało kotem bezdomnym, tak jak jego właściciele. Ale to się zmieni, a Mietek wyrośnie na wspaniałego (domnego) kota. |