RSS
niedziela, 01 stycznia 2012
Nieistniejący pociąg japoński express-torpeda-zapiepshamushi
40 lat minęło...

Można by długo zastanawiać się, dlaczego notki na tym blogu z roku na rok pojawiają się coraz rzadziej. Czy to kwestia zwykłego lenistwa, a może coś innego? Może Facebooka, który niczym wirus przejmuje funkcje wszystkich innych witryn internetowych (żeby być bardziej precyzyjnym: wirusy wcale tak nie robią; dzieci, nie wierzcie we wszystko co przeczytacie w internecie; zwłaszcza w to, co przeczytacie w internecie). Może moje życie stało się na tyle ubogie, że nie ma o czym pisać, a te krótkie statusy z FB + czasem jakieś zdjęcia wrzucone tamże, zaspokaja całą moją potrzebę archiwizowania rzeczywistości? Trudno powiedzieć, ale wydaje mi się, że to nie do końca tak.

Faktem jest, że tygodnie mijają mi coraz szybciej, że mam wrażenie, że życie tak się rozpędziło, iż z pociągu osobowego przesiadłem się do jakiegoś japońskiego express-torpeda-zapiepshamushi (żeby być bardziej precyzyjnym: taki pociąg nie istnieje; dzieci, nie wierzcie we wszystko co przeczytacie w internecie; autor tego bloga jest po prostu zbyt leniwy, aby poszperać w Google i sprawdzić nazwę pociągu). Jeszcze dokładnie nie odkryłem, skąd bierze się poczucie, iż życie zapieprza. Kiedyś nie miałem takiego poczucia, od jakiegoś czasu mam je nieustannie. Urlop/weekend/święta - za krótkie i zaraz trzeba iść do pracy? Z jednej strony tak, a z drugiej to bez znaczenia, bo praca też tak szybko zleci, że za chwilę znowu będzie jakaś przerwa. Wszystko zmienia się w jedną wielką pędzącą papkę. Skąd się to bierze? Monotonia? Tak bym mógł podejrzewać, gdyby nie to, że w zasadzie trochę się w tym 2011 działo... a, że w momencie gdy piszę te słowa, mamy już pierwszy stycznia 2012, wartałoby pokusić się o jakieś małe podsumowanko.

1. PLUS. Mój syn, Michał, jest zdrowy, ładnie rośnie, tak fizycznie jak i psychicznie. Coraz więcej mówi i coraz bardziej jesteśmy z Martą w nim zakochani. Wspaniały chłopak.

2. MINUS. Kot Mietek dalej żyje. Nic tej bestii nie jest w stanie powstrzymać przed rujnowaniem naszego życia. A tak poważnie: Mietek się też jakiś fajniejszy zrobił ostatnio, spokojniejszy i bardziej towarzyski. Więc ogólnie jednak: PLUS.

3. MINUS. Dalej nie zrobiłem prawa jazdy.

4. PLUS/MINUS. Zmieniam pracę. Czy wyjdzie mi to na dobre, czas pokaże. Oczywiście zmieniam z własnej woli, więc z zamiarem, że jednak PLUS. Jednak w takich wypadkach, zawsze istnieje pewne ryzyko.

Być może przy tym punkcie wartałoby się zatrzymać na trochę dłużej. W końcu w poprzedniej firmie pracowałem nie bagatela... 5 lat. Kawał czasu, jakby nie spojrzeć.


Poprzednia Praca (PP), była miejscem, które przekonało mnie do pracy biurowej. Wcześniej pracowałem zdalnie i ciężko było mi się przestawić na tryb biurowy, ale jakoś się przemogłem. Z perspektywy czasu: nie żałuję. Poznałem wielu fajnych ludzi, z częścią z nich utrzymuję kontakty poza-biurowe, poza-zawodowe. Wiele dobrych wspomnień wiąże się z PP i w przeciwieństwie do kilku osób, które z PP przede mną odeszły, ja zawsze będę PP wspominał ciepło. Co więc sprawiło, że postanowiłem zmienić pracę?

Nałożyło się tu kilka czynników, a cały proces był dość skomplikowany. Jednak w podsumowaniu chciałbym ująć to najprościej jak się da, więc napiszę to tak:
a) Lepsze warunki finansowe oraz poza finansowe (np. wyloty do San Francisco 2 razy w roku)
b) Stagnacja w PP. Czułem, że moja "ścieżka kariery" nie idzie w dobrą stronę, że po prostu trzeba się trochę kopnąć w dupę, żeby coś się zaczęło dziać. Oczywiście w PP bardzo dużo się nauczyłem, ale bardziej przez pierwsze trzy lata;

No i zaczęło się. Jutro mój pierwszy dzień w nowej pracy. Zobaczymy jak będzie...


5. PLUS/MINUS. Do domu mojego taty (i siostry) wprowadziła się kobieta (wraz ze swoim synem). Tata szczęśliwy. Ja teoretycznie, bo nie ogarniam wszystkich zmian jakie tam zachodzą, czuję się trochę wykluczony ze starego życia. Przynajmniej czułem się tak do czasu świąt bożego narodzenia, które z jednej strony dla wszystkich były sporym bigosem emocjonalnym, a z drugiej... sporo dzięki nim udało mi się przemyśleć, poukładać.

Jak widać, dzieje się całkiem dużo. Druga połowa 2011 roku przyniosła wiele zmian, które potencjalnie mogą przynieść coś dobrego. Jednak tak naprawdę wszystko okaże się dopiero teraz, w legendarnym roku 2012.

Z okazji nowego roku, życzę SOBIE, aby udało mi się trochę zwolnić i bardziej cieszyć się życiem; żeby rzeczy bardziej się wyklarowały; więcej radości i pasji, bo odnoszę wrażenie, że w tym 2011 trochę mi tego zabrakło. Wam natomiast w tym nowym roku życzę, abym był dla Was lepszym człowiekiem.

(Och, kiedy ja się zrobiłem taki egocentryczny?)




 
PS
Czy ktoś tu jeszcze w ogóle zagląda? :-)
 
23:51, osobowe
Link Komentarze (4) »
piątek, 11 marca 2011
Nowy odcinek
Moja ostatnia notka jest z grudnia. I jest o kiełbasie. Zło. Nie powinno tak być. Niniejszym szybciutko muszę skomponować nową. Albo nie. Nie mogę tego zrobić. Przecież jest piątkowy wieczór. Wyda się, że jestem nerdem no-lifem. 

Więc zamiast komponować szybciutko notkę, przeprowadzę ze sobą wywiad, o.

Ja: Dzień dobry. Miło mi gościć tak znakomitego rozmówcę na łamach mojego skromnego bloga osobowe.blox.pl. Korzystając z okazji chciałbym zauważyć, że jestem Pana wielkim fanem. Uważam, że robi Pan kawał dobrej roboty, jednocześnie pozostając chyba najbardziej skromną osobą jaką znam. Jak Pan to robi, że jest Pan jednoczęsnie tak wybitnym programistą, tak wspaniałym mężem i ojcem rodziny, wybitnym artystą i... co tu dużo mówić, tak przystojnym facetem?

Ja: Spieprzaj, pedale.

Ja: Rozumiem. Być może rzeczywiście było to trochę zbyt osobiste pytanie. W takim razie może zdradzi nam Pan, czym się Pan aktualnie zajmuje?

Ja: Siedzę i piszę notkę na bloga, bo poprzednia była o kiełbasie. Obok siedzi żona, która się trochę nudzi i ogólnie mam wrażenie, że ten piątkowy wieczór nie będzie zbyt udany.

Ja: Zabrzmiało pesymistycznie.

Ja: E tam. 

Ja: W takim razie, może porozmawiajmy o pana największej pasji.

Ja: Trochę to zaskakujące, ale ostatnio "Tatra" a nie "Okocim". Zawsze to piwo kojarzyło mi się z produktem drugiej kategorii, tymczasem zupełnie niespodziewanie, jest to wyjątkowo dobre piwo. Być może jest to oznaka tego, że jako konsumenci przywiązujemy zbyt dużą wagę do marki. Chcemy rzeczy ekskluzywnych, tymczasem w dążeniu do tego rodzaju rzeczy daliśmy namieszać sobie w głowach specom od marketingu. Chociaż w sumie "Okocim" też bardzo lubię. W zasadzie to nie pogardzę żadnym bronkiem.

Ja: Miałem na myśli programowanie.

Ja: Wie Pan co... w telewizji wydawał się Pan nieco mądrzejszy.

Ja: Ale za to na żywo wydaję się nieco grubszy.

Ja: Robi się późno. Czy korzystając z okazji, chciałby Pan kogoś pozdrowić?

Ja: Chciałbym pozdrowić ojca prowadzącego, ale nie mogę.

Ja: Czemu?

Ja: Bo nadal nie mam prawa jazdy. Hahahaha... ha... ha... ha.

Ja: Dziękuję.

Do zobaczenia w następnym odcinku tekstowego podcastu osobowe.blox.pl!
21:22, osobowe
Link Komentarze (2) »
czwartek, 09 grudnia 2010
Gdzie jest kiełbasa?
Nosz kurde. Jest coraz gorzej. Jest gorzej jak za PRL. Bo za PRL można było kupić kiełbasę lub szynkę. Nie w dowolnych ilościach, ale się dało.

A dzisiaj?

Poszedłem z Martą do Tesco i nie udało nam się znaleźć ani jednej wędliny, która byłaby wędliną. Same produkty mięsopodobe. Zwróćcie na to uwagę.

Kiełbasa biała, skład: mięso wieprzowe 42%, mięso wołowe 8%, reszta to zapychacze + chyba ze 12 różnych E-XXX.
Szynka: 70% mięsa.
Podwawelska: 65%.

Nosz kurde! Z roku na rok jest coraz gorzej! Czytałem ostatnio wyliczenia, że jedząc taką wędlinę przez rok, zjadamy 2 kg składników chemicznych.
I co gorsze: to się naprawdę czuje. To gówno niczym nie przypomina wędlin, które pamiętam z dzieciństwa. 
22:15, osobowe
Link Komentarze (1) »
wtorek, 09 listopada 2010
jak to jest być ojcem


Długo zbierałem się do tego, aby opisać jak to jest być ojcem. Jednak opisanie tego stanu rzeczy, choćby ogólne nakreślenie zarysów - jest trudne. Podchodziłem do tego zadania kilka razy i zawsze kończyło się to na stwierdzeniu: nie wiem, jeszcze za wcześnie aby coś powiedzieć. Minęło przeszło siedem miesięcy odkąd narodził się mój syn i doszedłem do wniosku, że jeszcze przez bardzo długi czas nie będę wiedział. Bo rodzicielstwo to ciągła zmiana, ciągłe dorastanie na nowo wraz ze swoim dzieckiem.

Odrzuciwszy więc imperatyw opisania zjawiska w ujęciu holistycznym, ogólnym, w skali makro, czy jakby to jeszcze nazwać, poczułem... kupę?! Chwileczkę, chyba muszę zmienić pieluszkę. OK, już. Tak więc, poczułem pewną ulgę związaną z twórczym podejściem do... Ech, trzeba ukołysać. Moment.

A więc (nie należy zaczynać zdań od "a więc", chyba, że jest się rodzicem) stwierdziłem, że nie ma sensu skupiać się na tym, czego się nie wie i opisać, tak po prostu, wszystko to, co już się wie.

A wiem jedno. Kiedy jako ojciec kładziesz się już późnym wieczorem do łóżka, spoglądasz jeszcze raz w stronę łóżeczka śpiącego już Malca, czujesz dumę, radość i szczęście. Patrzysz na tę miniaturową istotę, nie możesz wyjść z zachwytu i wiesz, że jesteś zdolny do wielkich poświęceń na rzecz swojego dziecka.

Wtedy jeszcze nie wiesz (lub zapominasz o tym), że za parę godzin obudzisz się ze słodkiego snu z porozrywaną twarzą, na wpół wydrapanymi oczyma oraz kępkami  włosów porozrzucanych po łóżku tu i ówdzie. Przez chwilę nie wiesz, co się dzieje, ale szybko okazuje się, że to (jak w większości niewyjaśnionych wypadków) Malec. Jakimś cudem teleportował* się ze swojego łóżeczka do ciebie i z nudów (wszak już wpół do szóstej) zaczął bawić się twoją twarzą tak, jak każdą inną zabawką, którą znajdzie akurat pod ręką. I robi to z tak uroczą minką, że nawet nie masz pewności, czy chcesz go przed tym powstrzymywać.

Jest dobrze. Myślałem, że będzie ciężej, a jest zupełnie normalnie - tyle, że inaczej. Przez ostatnie miesiące wydawało mi się, że dużym wyzwaniem będzie wysłanie Małego do żłobka. Plan był taki, że codziennie przed pracą będę go zawoził, a po południu odbierać będzie go żona. Brzmiało jak ciężka masakra - a tak naprawdę to prawie żaden kłopot. Kwestia przyzwyczajenia, wskoczenia w pewien rytm dnia.

Zaliczyliśmy już pierwszą większą gorączkę w nocy. Następnego dnia brałem urlop, aby zostać z Malcem. W żłobku jest dużo więcej okazji do złapania kataru, które Michał skrzętnie wykorzystuje. Cóż, taka pora roku, oby na katarze się tylko kończyło.

Ogólnie trzeba się nauczyć nieco innego podejścia do życia. Mniej skupiać się na sobie. W dzisiejszym świecie to nawet całkiem przydatne i rozwijające. Na "Incepcję" wybieraliśmy się z Martą do kina ze trzy razy. Dwa razy Malec jak na złość akurat tego wieczoru nie chciał zbyt szybko usnąć (więc nie zostawialiśmy go pod opieką siostry Marty), a za trzecim razem trafiliśmy na "środę z Orange" i kolejkę rodem z PRL-u.

Nie wydaje mi się jednak, abym w tym wszystkim przestałbyć sobą. Nadal jestem sobą, może nawet bardziej.  
 
(*) Albo po prostu żona wzięła go na karmienie i poszła spać.
21:08, osobowe
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 września 2010
Ktokolwiek widzial, ktokolwiek wie.
W czwartek, 2 września 2010, rodzina państwa J. odnotowała z niepokojem zaginięcie niebieskiej teczki z dokumentami. Teczka nie wróciła na noc do domu, jej telefon komórkowy jest wyłączony.

Znajomi Teczki są również zaniepokojeni. Skoroszyt twierdzi, że Teczka ostatnimi czasy była mocno przygnębiona i stosunkowo rzadko pojawiała się w swojej ulubionej Szufladzie. Koledzy z Szuflady również nic nie wiedzą.

Rodzina państwa J. prosi o pomoc w odnalezieniu Teczki. Na chwilę obecną przeczesane zostały okoliczne tereny, powoli kończą się pomysły, gdzie szukać. Za wszelką pomoc w odnalezieniu Teczki, wyznaczona została nagroda.
09:41, osobowe
Link Komentarze (1) »
wtorek, 09 marca 2010
Dzień kobiet i dziecka jednocześnie. Będę ojcem.


Dzisiaj dowiedziałem się, że Marta zaczęła rodzić trochę wcześniej, niż pierwotnie zakładano, a co za tym idzie - zakładaliśmy i my. To oznacza, że do porodu zostały jakieś... dwa - trzy tygodnie! Coś czuję, że okres ten minie w mgnieniu oka. Zresztą, cała ciąża wydaje się jednym mgnieniem, krótką chwilą, czymś takim nie do końca namacalnym. Tak jakbym budził się z pewnego rodzaju drzemki, mrugał zaspanymi oczami i pytał: "to już?"; "To już? A przecież miało być tak, tak lub tak... i mieliśmy to, to i tamto".

Czy chcę przez to zasugerować, że przespałem całą ciążę? Nie wiem. Być może któryś fragment mnie tak uważa, bo mimo uplywu czasu nie zdołałem oswoić się z faktem, że będę ojcem. To znaczy... owszem, początkowe "kurwa, będę ojcem" przemieniło się w "będę ojcem", nawet prawie w "jestem ojcem"; owszem, akceptuję dziecko, przyznaję się do niego i nawet zaczynam czuć miłość (lub jej wyobrażenie). Ale. No właśnie, ale.

I właśnie w tym miejscu, chciałbym, abyście (wszystkie wy, drogie kobiety, które czytacie ten wpis) nie oceniały mnie zbyt pochopnie. Bo o ile kobieta w czasie ciąży czuje dziecko przez większość czasu - czuje jego ruchy, jego czkawkę, no i wreszcie - dzieli z nim cały organizm, o tyle facet co? Na początku zobaczy zbiór plam i bąbelków na USG, powiedzą mu, w najlepszym przypadku - "to pana dziecko", a w najgorszym: "taak, siostro zapisz, X-34-T w normie, JJVDT 75 też". Potem jak będzie wyjątkowo cierpliwy, doświadczy kopnięć nóżką. Ten ochłapek tacierzyństwa będzie wszystkim, czego  do czasu porodu będzie mógł w kwestii dziecka doświadczyć. Dlatego też, wydaje mi się, że siłą rzeczy, faceci po prostu są dużo słabiej przygotowywani przez naturę do bycia rodzicem. I gdyby nie to, że są dużo doskonalsi od kobiet, to nie wiem, co by było.

No ale wracając do tego całego tato-bytostwa oraz ciążo-doświadczalstwa, to w zasadzie nie wiem. Chyba najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że kiedy myślę o przyszłości, to zawsze mam jakieś wyobrażenie na temat tego, jakby to mogło być. Zawsze, ale nie teraz. KOMPLETNIE nie wiem, NIE MAM POJĘCIA, jak będzie kształtowało się nasze życie z dzieckiem. Po prostu tabula - rasa. Z jednej strony, jest to nieco niepokojące, stresogenne.

A z drugiej? Z drugiej świadczy o ogromie nowości, jaka mnie czeka. O jakości na tyle nowej, że nie potrafię wyobrazić sobie jej na bazie moich dotychczasowych doświadczeń. Jeśli więc, jakość ta ma być na tyle nowa, jeśli będzie to nic, co do tej pory doświadczyłem, to... to dobrze. To wspaniale. Przecież o to chodzi. Tak trzymać. Cieszę się.

Cieszę i boję. Bo chyba nigdy nie można zupełnie nie lękać się nowości. Ale strach jest mikro.


00:10, osobowe
Link Komentarze (2) »
niedziela, 28 lutego 2010
Hurwa, ale jestem stary.
Czy pamiętacie tę scenę w którejś z części "Powrotu do przyszłości", kiedy Marty, starty wyjadacz, lokalny  mistrz automatowej gry w strzelanie do kaczek, przenosi się do przyszłości i kompletnie nie potrafi obsługiwać tamtejszych automatów do gier? Przeżywa swój "moment siary", kiedy zostaje pouczony przez grupę dziesięciolatków, kiedy pokazują mu, wielkiemu mistrzowi, jak należy w to grać? Cóż.  Jeśli pamiętacie tę scenę, to musicie być przynajmniej w połowie tak starzy, jak ja. Bo ja, nie pamiętam jej zupełnie, natomiast przydarzyła mi się dzisiaj bardzo podobna sytuacja.



Jako że kupiłem sobie z żoną mieszkanie ostatnio, jestem trochę zainteresowany takimi sprzętami jak: pralka, lodówka, kuchenka, zlew, kran, drzwi, płytki, panele, klamki, itd, shit. Oglądając wyżej wymienione nie mogłem przejść obojętnie obok stoiska z grami. Stały tam obok siebie odpowiednio: PS3 z grą assassin's creed 2, XBOX z jakąś grą o spidermanie, oraz... Wii z grą super mario bros hiper-duper-dotykowa-version. A ponieważ piszę ostatnio hobbystycznie swoją własną grę w Mario, stwierdziłem, że rzucę okiem jakie nowości w stosunku do wersji z lat 80 przygotował producent. Wziąłem więc kontroler do gier i zacząłem grać... no dobra, zacząłem próbować grać, bo totalnie nie potrafiłem wykonać żadnego ruchu. Po chwili podszedł do mnie klasyczny spasiony 10-latek i powiedział: proszę pana, robi pan to źle. I okazało się, że w ogóle odwrotnie trzymam kontroler i że trzeba nim machać, aby wykonać skok. Hurwa. Kilka kolejnych prób sprawiło, że, owszem, udało mi się pójść parę kroków do przodu, ale czując na sobie szydercze oczy tych dziesięcioletnich gnojków, którzy wymiatali w tę grę, stwierdziłem, że czas oddać teren i spieprzać stamtąd jak najdalej, póki jeszcze można było usunąć się z godnością. No dobra, tak naprawdę na usunięcie się z godnością było już zdecydowanie za późno, tak czy inaczej, spieprzyłem co sił w nogach i wróciłem na dział z lodówkami. Bo trzeba w końcu jakąś lodówkę do mieszkania wybrać.

Hurwa, ale jestem stary.
00:17, osobowe
Link Komentarze (1) »
niedziela, 31 stycznia 2010
Aktualizacja.
Jak to jest z tym umysłem dość dziwnie, że czasem nie przyjmuje pewnych rzeczy do wiadomości, nie nadąża, albo jakgdyby zapomina emocjonalnie o pewnych niezwykłych rzeczach tylko po to, by dziwić się każdego dnia od nowa.

Np. dzisiaj rano zdarzyła mi się taka przygoda. Śpię sobie jakgdyby nigdy nic, jak codziennie, aż w końcu postanowiwszy się obudzić, podniosłem lewą, albo prawą (już nie pamiętam) powiekę. Podniosłwszy lewą albo prawą powiekę, następnie podniosłem tę drugą - prawą, albo lewą powiekę (w zależności od tego, czy w punkcie startowym tej historii podnosiłem lewą czy prawą powiekę). Uporawszy się ze skomplikowanym procesem podnoszenia obu powiek, przez ułamek sekundy, który w swej względności mógł trwać dowolnie długo - byłem istotą umiejscowioną psychicznie poza czasem, poza miejscem i poza kontekstem. Czystą kartą, czystym kontem, tabulą rasą, mister no-bakgrałnd-storis. I dopiero po chwili, z siłą wodospadu, zalała mnie świadomość wspomnień.

Dowodzi to tylko tego, jak bardzo niejednorodnym i złożonym tworem jest umysł. Mogło to wyglądać mniej więcej tak, jak poniżej.

* * *



Olbrzymia masznownia. Jakieś kotły, tłoki, para. Wszędzie wysoka temperatura (sięgająca nawet 36.6 stopni). Stefan przetarł spocone czoło, przy okazji rozmazując na nim smar. Westchnął. Zaczynał się kolejny dzień pracy i znów trzeba było puścić wszystko w ruch. Westchnął raz jeszcze, sapnął, po czym krzyknął:

- Hej, Tadziu! Zapodaj mi aktualizację danych, bo J. się obudził i najwyższa pora, by zorientować się w sytuacji.

Nic. Cisza. Tadziu stał odwrócony do niego plecami. Wydawał się nie reagować.

- Tadziu..? - Zapytal zaniepokojony Stefan. Zaczynał domyślać się, że kroi się coś większego. Stefan z Tadziem znali się w końcu jak łyse konie, pracowali ze sobą od ponad 27 lat. Szczerze mówiąc, to nie zazdrościł Tadziowi posady, bo to Tadek właśnie odpowiedzialny był za archiwizowanie informacji. O ile Stefan kończył robotę i mógł spokojnie relaksować się każdej nocy (głównie hazard i używki), to Tadek niestety musiał być ciągle czujny, można powiedzieć - zabieral robotę do domu.

- Tadziu!!! - Krzyknał Stefan, by wyrwać go z tego dziwnego stanu zawieszenia. Tadziu przełknął ślinę, poczym odwrócił się bardzo powoli. Był blady jak ściana. - O kurwa, wiedziałem. - powiedział Stefan. - No mów, co się stało!

- J. ożenił się.

- Że co??? - Stefan zachwiał się lekko, zrobiło mu się jeszcze bardziej gorąco, a potem zimno. - Mów dalej. - Wysapał trzymając się barierki.

- Kupuje mieszkanie. Już podpisał umowę i wpłacił zadatek. Teraz stara się o kredyt. - Powiedział cicho Tadek.

- Aha?

- Jego żona... jego żona rodzi w kwietniu. J. będzie tatą!!!




* * *

Czas płynie szybko. Jest dobrze, ale też jest masa rzeczy na głowie, masa załatwiania i organizowania. I w całym tym, jakby nie było - pozytywnym zamieszaniu - budzę się nieraz z rana i dziwię na nowo temu wszystkiemu. Jeszcze się nie przyzwyczaiłem.




10:46, osobowe
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 grudnia 2009
Świąteczna antymateria.
Jest duch w narodzie! Jest coś takiego, co doskonale obrazuje znane i pozornie jakże banalne stwierdzenie: "święta, święta i po świętach"; zaprawdę, ciężko o bardziej trafny zlepek słów, który tak doskonale ilustrowałby całą istotę życia doczesnego, całą esencję nieuniknionego ciągu przyczynowo - skutkowego, śmietankę szarej rzeczywistości bytu osadzonego w czasoprzestrzeni czarnej kawy tu i teraz. Być może co niektórzy zwolennicy podkreślania wartości intelektualnych w swoich wypowiedziach pokusiliby się o dodanie tutaj bold-a w postaci klasycznej, słowiańskiej "kurwy" gdzieś między pierwszym, a ostatnim wyrazem, ale jak na mój gust - zbitka ta w swojej pierwotnej formie jest wystarczająco wymowna.

Odczuwam ten głęboki sens zwłaszcza teraz, w niedzielny poranek, w tak zwany trzeci dzień świąt Bożego Narodzenia, kiedy prawą ręką dopijam kawę, a lewą próbuję rozmieścić swoje jelita, wątrobę oraz inne organy wewnętrzne w jakiś neutralny sposób tak, aby jak najmniej dawały o sobie znać. Radio wyłączone w tle, bo przecież na samą myśl o jeszcze jednej kolędzie niechybnie bym zwymiotował. Nie wiem co prawda, czy kolędy nadal lecą z taką częstotliwością jak jeszcze wczoraj, ale wolę nie ryzykować. Oczyma duszy widzę natomiast plecak. Plecak, w który już niedługo będzie trzeba się spakować i ruszyć w drogę powrotną PKS-em albo pociągiem, jeszcze nie wiem, ale ruszyć się będzie trzeba, aby już po powrocie z rodzinnych stron niewyspać się cholernie, wstać w zimny, poniedziałkowy poranek, pójść do pracy, usiąść za biurkiem i tępo wpatrywać się w stertę nieprzeczytanych maili.

Tak, proszę Państwa. Święta, święta i po świętach. Najgorsze, że o ile nawet już na kilka dni przed Wigilią doskonale zdawałem sobie sprawę z tego fatalnego ciągu przyczynowo - skutkowego, o tyle zupełnie nic nie mogłem na to poradzić. No bo i co tu zrobić? Można zupełnie zrezygnować z obchodzenia świąt albo zupełnie je zredefiniować. Można, owszem. Ale jest to eksperyment wysoce ryzykowny i karkołomny. W pewnym sensie chodzi o presję społeczną - a raczej - rodzinną. Ale tak naprawdę nie ma co zasłaniać się presją, gdyż najwyraźniej w świecie ja to po prostu lubię!

Jest jakaś taka magiczna siła, być może to uwarunkowanie kulturowe, a może już genetyczne, że oprócz dni wypełnionych pracą, potrzebne są też dni celebracji. Komercjalizacja świąt, podejście do nich osób niewierzących ("czas, który spędzę z rodziną" itp.) dowodzi tego, że tło religijne jest tutaj tylko pretekstem. Nie tyczy się to tylko Bożego Narodzenia, jest masa innych przykładów na to, że w którymś tam wieku religia po prostu wpasowała się w najgłębsze ludzkie potrzeby - takie jak potrzeba świętowania, odpoczynku, doświadczania niezwykłości jako zupełnego przeciwieństwa codzienności. A że dopiero stosunkowo niedawno odchodzenie od religii stało się społecznie akceptowalne, to dopiero niedawno ten dysonans zaczął być wyraźnie widoczny. Coraz bardziej modne stają się chociażby śluby humanistyczne, które odrzucając całą religijną podszewkę - skupiają się na zaspokojeniu wyżej wymienionych potrzeb.

Kto wie - może więc tradycja naparzania drewnianą pałą w karpia i późniejszego szlachtowania go tasakiem przez pół godziny (oczywiście w ciepłym, rodzinnym gronie) wynika nie, jak do tej pory sądzono z głębokiej wiary w narodziny Boga, a jest po prostu manifestacją uniwersalnych, psychologicznych mechanizmów każdego człowieka. Każdego sfrustrowanego człowieka, który musi po prostu odreagować sobie cały rok ugrzecznionego życia w ugrzecznionym, dwulicowym społeczeństwie hipokrytów. Każdego człowieka, który tłukąc to bezbronne zwierzę w końcu może bezkarnie, pod płaszczykiem tradycji, dać ujście swoim pierwotnym instynktom!

Kto wie z jakich mechanizmów psychologicznych wynika potrzeba ubierania w kiczowate złotka, świecidełka i lampki kawałka zielonego kikuta, który nawet nie leżał koło świerku, sosny, czy jodły. Nie chcę wnikać i nawet nie chcę zastanawiać się, co na ten temat powiedziałby Freud. Jedno jest pewne - święta Bożego Narodzenia to czas magiczny.

Na tyle magiczny, że na czas tych kilku dni jesteśmy w stanie wydać większą część wypłaty, znienawidzić rodzinę, znienawidzić całe jedzenie świata oraz Kevina Samego W Domu. Ale potem mija kryzys i jest dobrze. I gdyby nie to, że równowaga musi być - byłoby idealnie. A tak, cała ta świąteczna materia skutkuje wytworzeniem się antymaterii w postaci psychologicznego kaca - którego trawić trzeba jeszcze przez kilka następnych dni. Wszystkim powracającym do biur po świętach - życzę mimo wszystko pozytywnego nastroju oraz tego, aby łuska oskalpowanego karpia schowana zabobonnie w portfelu zamieniła się w taką górę pieniędzy, żeby wystarczyło na chociaż częściowe spłacenie świątecznych szaleństw finansowych.
22:09, osobowe
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 września 2009
Zwyczajny dzień w Gorzowie.
Pojechałem na weekend odwiedzić rodzinkę. Było fajnie.

Niedziela rano. Wyszedłem przed dom i usiadłem na tarasie. Przyszedł ojciec i mówi:
- Pochowałem kotkę.

Poszedłem nagrać płytę. Pół godziny później, obudziła się siostra.
- Wiesz, że kotka nie żyje? - powiedziałem - Zginęła wczoraj w nocy. Tata ją znalazł z pianą na pyszczku.
- Niedobrze, niedobrze. - Odpowiedziała siostra i poszła do komputera.

Pół godziny później tata zrobił rodzinne śniadanie, jajecznicę. Zaparzył herbatę, zawołał nas do kuchni i włączył jakiś "poranek z rmf fm", czy coś w tym stylu.

- Tato, chyba przesoliłeś to jajko. - powiedziała siostra.
- Mi smakuje. - odparł z uśmiechem tata.
- Mi w sumie też. - Odrzekła z uśmiechem siostra.

Ale coś chyba z tym jajkiem było nie tak, bo zaraz potem oczy naszły jej łzami.

Później nagrałem jeszcze jedną płytę i pojechaliśmy do babci. 
20:48, osobowe
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8